Szukaj

/ languages

Choisir langue
 

Myszkując w sieci

Internet po chińsku

Grzegorz Dobiecki

Tekst z 28/08/2007 Ostatnia aktualizacja 28/08/2007 09:12 TU

Internet, jak wiadomo, nie zna granic ni kordonów. Wiadomo jednak również, że każde okno na świat da się zakratować, jeśli tylko zapragnie tego administracja domu, choćby był on nie wiadomo jak wielki. Jak się Państwo słusznie domyślają, tym poetyckim wstępem poprzedzamy doniesienia o sytuacji internautów w Chinach.

Niektóre są pogodne, a nawet zabawne. Jak wyszperaliśmy w Sieci, pewne chińskie małżeństwo tak bardzo zapragnęło złożyć dowód oryginalności i nowoczesności, że swemu - dopiero planowanemu - dziecku postanowiło dać na imię... no, właśnie, napisać je łatwiej, niż wypowiedzieć. Miałby to być bowiem symbol @.

Po angielsku imię brzmiałoby całkiem znośnie: At. Po francusku już nieco dziwacznie i lotniczo-militarnie: Arobase. W tym dialekcie chińskiego, którym posługują się przyszli rodzice internauciątka, imię wymawiałoby się mniej więcej „E – ta”, co znaczy: „kochaj go”. Tyz piknie. Z całą pewnością nie należy natomiast polecać przyszłym chińskim rodzicom emigracji do Polski. Tam dzieci wołałyby na malucha: Małpa. Być może jednak problem z imieniem pozostanie czysto teoretyczny, bo nie ma pewności, czy władze ChRL w ogóle wyrażą zgodę na podobne fanaberie lingwistyczne.

Wyrażają bowiem zgodę tylko na to, co im odpowiada. Ta reguła dotyczy niestety również tak zwanego „dziennikarstwa obywatelskiego”, które rzekomo rozwija się w Chinach właśnie w internecie. Rozmaite portale z ochotą i zrozumiałą nadzieją rozpowszechniają zdjęcia, najczęściej krótkie sekwencje z telefonów komórkowych, zarejestrowane i wpuszczone do Sieci gdzieś w ChRL. Bardzo dobrze, że tak się dzieje - są to jednak tylko wyjątki, potwierdzające wspomnianą regułę.

Według dysydenta Liu Ziao Bo, „dziennikarstwo obywatelskie” zyskało w Chinach nowy impuls i nowe nośniki od chwili pojawienia się fenomenu blogów. Służą one nie tylko dzieleniu się z innymi własnymi przemyśleniami, ale również - co w państwie komunistycznym dużo ważniejsze - przekazywaniu lub wręcz podawaniu informacji, ujawnianiu pewnych zdarzeń.

Tak właśnie rzecz się miała z handlarzami i kwiaciarzami z Czong King i Zieng Ziu, których w kwietniu, a potem w czerwcu brutalnie przepędzała z ulic straż miejska - oni zaś mieli czelność stawiać opór. Migawki z komórki trafiły na chiński portal typu „gadu-gadu”, skąd przejął je i nagłośnił w świecie YouTube. Mieszkańcy obu miast podobno wzywali lokalne telewizje, ale jakoś żadna ekipa reporterska nie przyjechała. Na forum YouTube internauci oburzali się, że „to faszyzm” - jakby nie wystarczyło określenie prawdziwe i adekwatne.

„To komunizm” - zuważył przytomniejszy dyskutant, dodając, że obywatele Czong King i Zieng Ziu, którzy wzywali telewizję, chyba spadli z Księżyca. Oczywiście w oficjalnych mediach ChRL nie pojawiły się żadne informacje o „buncie handlarzy”, bo też - za Chiny - pojawić się nie mogły.

Zdaniem części zachodnich analityków, komunistyczne władze, dławiące wszelką opozycję polityczną, muszą się jednak liczyć z fenomenem „dziennikarstwa obywatelskiego”, bo internauci to już więcej niż 10 % mieszkańców Państwa Środka. Profesor Ziu Da-Ke z uniwersytetu w Szanghaju twierdzi optymistycznie - względnie mówi to, co mu powiedzieć pozwolono - cytuję: „minęły czasy, gdy władza mogła bezkarnie kneblować obywateli”.

Profesor nie wyjaśnia, jaka to kara mogłaby władzy grozić. Jest przekonany, i oczywiście ma rację, że obywatel ma prawo komentować poczynania władz i wypowiadać się w internecie na temat spraw publicznych. To jest właśnie sedno problemu. Może to robić obywatel, ale już nie obywatele wspólnie, gdyż ilość przejdzie w niepożądaną jakość.  

W organizacji Reporterzy bez Granic biurem Internetu i Swobód kieruje Julien Pain. Nazywa rzecz po imieniu: chińscy dysydenci, którzy za pośrednictwem internetu próbują zorganizować się w ruch, a nawet w kilkuosobową grupę, zwykle kończą w więzieniu. Tak się stało zwłaszcza w głośnej sprawie dziennikarza Szi Tao przed trzema laty. Dramat i skandal polegał na tym, że władze ChRL „namierzyły” jego e-mailowe korespondencje dzięki pomocy solidnej firmy, jaką - zdawałoby się - jest Yahoo.

Szi Tao dostał 10 lat więzienia za rzekomą zdradę tajemnic państwowych. Przedstawiciele Yahoo tłumaczyli się przed Kongresem Stanów Zjednoczonych, przekonując, że nie mieli pojęcia, do czego Pekin potrzebował informacji na temat dziennikarza. Będą się tłumaczyć ponownie, bo w sierpniu komisja spraw zagranicznych Izby Reprezentantów zdobyła dowody, iż chińskie władze uprzedziły Yahoo, że prowadzą dochodzenie przeciwko szpiegowi.

Według Reporterów bez Granic, w chińskich więzieniach siedzi obecnie co najmniej 50 takich „cyberdysydentów”. Jednocześnie Pekin umiejętnie filtruje wieści i materiały, które chce wpuścić do Sieci. Dotyczą one na przykład walki z korupcją, niekompetencji prowincjonalnych urzędników, a nieraz nawet - proszę bardzo - brutalności straży miejskiej w jakiejś pipidówce.

Na tym tle władze centralne wypadają korzystnie, jako ekipa światła, otwarta i popierająca, tak podobające się na Zachodzie, internetowe „dziennikarstwo obywatelskie”.

Żegnamy i zapraszamy

17 grudnia 1981 - 31 stycznia 2010

29/01/2010 16:02 TU

Ostatnia audycja

Pożegnanie ze słuchaczami

Ostatnia aktualizacja 09/02/2010   12:44 TU

Nasza wspólna historia

Paryż - Warszawa

Francja dla Polski na falach eteru

31/01/2010 12:32 TU

Kultura - z archiwum RFI

Piosenka, kabaret, musical

Za kulisami piosenki francuskiej

Ostatnia aktualizacja 25/02/2010   21:42 TU

Teatr we Francji

Paryskie aktualności teatralne

Ostatnia aktualizacja 23/02/2010   14:33 TU

Kronika artystyczna

Paryskie wystawy 2000-2009

Ostatnia aktualizacja 16/02/2010   14:56 TU

Paryska Kronika Muzyczna

Ostatnia aktualizacja 22/02/2010   17:12 TU

POST-SCRIPTUM I MULTIMEDIA

Ostatnia aktualizacja 21/02/2010   11:38 TU