Stefan Rieger
Tekst z 09/03/2008 Ostatnia aktualizacja 09/03/2008 18:51 TU
„Le Nouvel Observateur poświęca okładkę życiu płciowemu Francuzów !” – informuje żonę prezydent Sarkozy, na rysunku w tymże lewicowym piśmie. – „Mówią o nas? – pyta Carla Bruni, skądinąd Włoszka... Nie mówią, proszę sobie wyobrazić! Nareszcie możemy sobie odpocząć od elizejskiej kroniki wypadków, politycznych i miłosnych. Tygodniki – jeśli wyłączyć seks - zajmują się w końcu trochę resztą świata. Le Point bierze pod lupę Izrael, obchodzący w tym roku sześćdziesięciolecie swego istnienia, L’Express zaś Rosję Putina-Miedwiediewa, w której widzi „nowe zagrożenie”.
Naczelny tego ostatniego pisma, Christophe Barbier, zamiast na Daleki Wschód, wybiera się jednak na Bliską Północ, skąd nadeszło pocieszające przesłanie, które zwaśnioną i skwaszoną Francję zjednoczyło niespodzianie w wielkim, promiennym uśmiechu, od Marsylii po Lille. Film Dany Boona „Witajcie u ch’tis” nie jest w pewnością arcydziełem ani kamieniem milowym w historii kina. Lecz w pewnym sensie jest czymś więcej (poza tym, że pobił już wszelkie rekordy, przyciągając w pierwszym tygodniu 5 mln widzów): okazuje się prawdziwym „fenomenem społecznym”.
Wespół w zespół
Kasa chorych, pisze Barbier, powinna zwracać za bilety. O ch’tis, mieszkańcach północnej Francji, uprawiających szeleszczący pikardzki dialekt, mówi się nie od dzisiaj, iż „w sercu mają słońce, którego nie mają na niebie”. Na tym spustoszonym przez wojny, przeoranym bliznami ugorze kopalniano-przemysłowym nikt się nie skarży, ani mściwie nie warczy: ch’tis ocierają łezkę i zakasują rękawy. Na przekór stereotypom o zimnej i szpetnej Północy, oddają się z większym od innych talentem sztuce biesiadności, gościnności i wspólnej zabawy.
W tym też właśnie sensie Christophe Barbier widzi w filmie fenomen społeczny i budujące przesłanie na temat francuskiej (i zresztą jakiejkolwiek) tożsamości, która wcale nie musi być zgorzkniała, ksenofobiczna czy agresywna; nie musi się wyrażać, jak u autonomistów bretońskich czy sabaudzkich, Basków czy Korsykan, w formie nacjonalistycznego skurczu - może być tolerancyjna i otwarta.
„Nie trzeba nienawidzieć innych, aby być sobą: ch’tis otwierają ramiona, miast zaciskać pięści – i tak właśnie ocalili swój język, swą duszę i godność. Tożsamość rozkwita na glebie altruizmu, więdnie na gruncie egoizmu i allofobii” – kończy ładną maksymą naczelny pisma L’Express. Być może przepija, chcąc lub niechcąc, do jednego z najbardziej polemicznych pomysłów Sarkozy’ego, jakim było powołanie Ministerstwa Imigracji i Tożsamości Narodowej – ale sza!, obiecaliśmy sobie, że od Pałacu Elizejskiego trzymamy się dziś z daleka...
Seks wyzwolony
Od biesiadności i sztuki wspólnej zabawy, właściwej mieszkańcom Północy, do seksu niedaleko, zapuśćmy więc nasze oko voyeur’a w głąb Le Nouvel Observateur, który rozbiera detalicznie (nomen omen) swego rodzaju współczesny Raport Kinseya, jakim jest szeroko zakrojona ankieta na temat „nowego życia seksualnego Francuzów”. Istotnie jest „nowe”, gdyż Maj 68 zrobił swoje, gruntownie przewietrzając obyczaje.
Upowszechnienie się sztucznej antykoncepcji, prawo do przyjemności i rozkoszy, rozpad tradycyjnych związków, akceptacja homoseksualizmu, emancypacja kobiet, banalizacja pornografii... – rewolucja seksualna jest wciąż jeszcze w toku i nie wyczerpała swej energii (nawet jeśli dochodzi dziś do głosu „reakcja” i podejmowane są, z reguły nieprzekonujące w swym odwetowym anachroniźmie, próby wrzucenia wstecznego biegu).
W porównaniu z dawniejszymi tego typu ankietami, stwierdza Le Nouvel Observateur, zmiany są uderzające: damskie obyczaje seksualne coraz bardziej zbliżają się do męskich, młodzieżowe do dorosłych i nawet starczych, różnice pokoleniowe uległy zniwelowaniu, seks i małżeństwo są odtąd jasno rozdzielone, rozmaite praktyki i zadedykowane im części lub otwory, stanowiące drzewiej tabu, są dziś przedmiotem quasi-konsensusu, jawnie i bez kompleksów.
Jeszcze niespełna 40 lat temu, powiada ginekolog Joëlle Brunerie-Kauffmann, „życie seksualne kobiet – i także mężczyzn – sterroryzowane było całkowicie lękiem przed niechcianą ciążą”. To się definitywnie skończyło. Wówczas dwie trzecie kobiet przyznawało się do jednego tylko seksualnego partnera, dziś już tylko jedna trzecia. I tylko co dziesiąta (podobnie jak co dziesiąty pan) idzie dziś na ślubny kobierzec ze wspólnikiem pierwszych, erotycznych wzruszeń. Drzewiej Francuzki miały w życiu góra dwie przygody, dzisiaj mają ich z górą pięć – podczas gdy Francuzi, tradycyjnie bardziej seksualnie mobilni, utrzymują niezmiennie swój katalog na granicy tuzina podbojów (przy których mille tre Don Juana to jedynie rodzaj metafizycznego wyzwania, wobec Boga i samczej próżności).
Upojne przekleństwo wolności
Padły tabu i większość inhibicji: dla 90% młodych Francuzów (którym Watykan jawi się jako stolica Marsa lub Plutona) biletem wstępu w świat seksu jest prezerwatywa (lęk przed AIDS zrobił swoje, szkoda – mówiąc oględnie – że w Afryce co niektórzy zrobili wszystko, by go egzorcyzować, co miliony ludzkich istnień, o których godność w stadium embrionalnym dba się dysproporcjonalnie, po prostu przypłaciły życiem); poza tym seks oralny cieszy się wzięciem u ponad dwóch trzecich delikwentów, analny podoba się połowie mężczyzn i z górą jednej trzeciej kobiet, masturbacji oddaje się 90% panów i 60% pań, aczkolwiek ci pierwsi zawierzają obietnicy samodzielnej rozkoszy niemalże od kołyski, podczas gdy te drugie – gwoli nagromadzonych doświadczeń i frustracji – przymierzają się do autoerotyzmu dużo później.
Monarchia erekcyjna
Oczywiście po cmentarzysku tabu i uprzedzeń błąkają się duchy lęków i kompleksów nowej ery. Im bardziej sfera publiczna – media, internet, plakaty i język – nasycona jest seksem, ekshibicjonizmem i nakazami jurnej higieny – tym bardziej szary obywatel, w swym statystycznie żałosnym pół-wzwodzie, czuje się zalękniony, nie stający (znów nomen omen) na wysokości zadania, wiecznie smagany biczem higienicznego terroryzmu, zdrowego jak muchomor przekleństwa naszych czasów, które nie znają starego ruskiego przysłowia, iż „wysze :...: nie prigniosz”.
Przepraszam z góry i z dołu purytanów i purystów, świątobliwych i troszkę, mimo wszystko, obłudnych - za nazwanie po imieniu pewnych części, pewnych funkcji i pewnych strategii obejścia tego, co jest zapewne głównym, jeśli nie jedynym, motorem ludzkiej Odysei, polegającej z grubsza – jeśli wierzyć neodarwinistom – na optymalnym rozsiewaniu swoich genów, na wszystkie strony świata, bez względu na cokolwiek.
Ruski Darwinizm
Nie zaszkodzi zapewne, w tym kontekście, przyjrzeć się strategii rozsiewania ruskich genów, przyjętej przez Putina, od kiedy cena baryłki ropy wzrosła pięciokrotnie, przemieniając patiomkinowskie imperium z gutaperki, w które od Piotra Wielkiego nikt nie wierzy, w system międzynarodowego szantażu. Już w tym pierwszym zdaniu jest rzecz jasna pewne nadużycie: w swoim wielostronicowym dossier, L’Express oddaje też głos owej, szeroko rozumianej, klasie średniej, której słońce prosperity nie oślepiało nigdy większym blaskiem, niż od czasu, gdy petrodolar i jego euro-odpowiednik nie zgięły się wpół przed petro-lub-gazo-rublem, nowym Asem Pik w międzynarodowym turnieju brydżowym (aczkolwiek w moich czasach, grając w brydża, wybierało się na ogół partnerów)
Mógłbym w tym momencie – gdybym egoistycznie nie zostawiał sobie karmy na zaś, z myślą o przyszłych komentarzach – zamknąć sprawę garścią sarkazmów, krzepiących aktów odwagi na duży dystans, z minimalnym współczynnikiem ryzyka. Chętnie też solidaryzowałbym się z desperackim zaangażowaniem André Glucksmanna na rzecz Czeczenów, rzucającym ex-nowego filozofa w ramiona mściciela Sarkozy’ego, gdyby ów Janosik i pogromca realpolityki nie okazał się jedynym zachodnim przywódcą, gratulującym Carowi jego demokratycznej apoteozy. Carowi przeszłemu lub przyszłemu – tego nikt dokładnie nie wie, ani Sarkozy, ani odwieczna armia wyrafinowanych darmozjadów, określanych mianem (zależnie od mody i epoki) rusofilów i rusoznawców, sowieto-i-kremlologów, względnie notorycznych rusofobów, odmienianych przez równie podejrzane zazwyczaj przypadki.
L’Express ma niemniej swoje racje, gdy – na kilkudziesięciu stronach – roztacza obraz Rosji, której nowa dynamika finansowej siły uderzenia, od kiedy baryłka ropy nie kosztuje 20 lecz z górą 100 dolarów, przywróciła niespodzianie niegdysiejsze poczucie pychy i arogancji bez granic (co jest poniekąd psychologiczną definicją i czysto pragmatycznym wyznacznikiem pojęcia Imperium).
Bezsilność niejasnowidzów
To swoją drogą śmieszne i straszne zarazem, że świętej pamięci, wiecznie żywi kremlo-ruso-i-sowieto-lodzy, nieszczęsne wieloryby wyrzucone na plażę przez geopolityczne tsunami stulecia, jeszcze bardziej zdają się dziś bezsilni, niż za czasów Andropowa i Breżniewa, gdy wróżono z fusów i zmarszczonych mniej lub bardziej brew krzaczastych Jedynego Spadkobiercy, Jedynie Słusznej Sprawy.
Jeśli coś dziwi i szokuje, to bezwzględna niezdolność do przewidzenia czegokolwiek na temat politycznej przyszłości Rosji i mającego rządzić nią tandemu. Nikt absolutnie nie wie, czy to chytra forma prolongaty dożywotniej demokratury Putina, czy też instytucjonalna pułapka, w której Putin-kagebista da się zjeść Uczniowi Czarnoksiężnika, bardziej liberalnemu, oczytanemu i z pozoru ucywilizowanemu Miedwiediewowi.
Albowiem, primo, Rosja nie zna od wieków niczego innego, poza jednoosobowym zamordyzmem, w osobie Cara lub Prezydenta, do wyboru (o czym sam Miedwiediew zdążył już nieco bezczelnie, choć może to tylko z góry ukartowana strategia, swemu mentorowi przypomnieć). Ale też, secundo - pisze Sylvaine Pasquier, w swym solidnie udokumentowanym dossier na łamach tygodnika L’Express – nie jest wcale powiedziane, że Dmitrij Miedwiediew jest takim znów „liberałem”, jakim go malują. Niechaj nas nie myli buźka grzecznego prymusa i nienagannie skrojone garnitury.
Dyplomacja gazrurki
Pupilek Putina zaczął od wybawienia swego opiekuna z korupcyjnej opresji, dzięki swym talentom adwokackim, w latach 90. w Petersburgu. Nawet nie bzyknął, gdy Putin zlikwidował resztki pozorów demokracji, znosząc zasadę wyboru gubernatorów rosyjskich regionów. W roku 2004 był koordynatorem próby sabotażu Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie. We wszystkich siłowych rozgrywkach z byłymi częściami Imperium gra odtąd pierwsze, a co najwyżej drugie skrzypce – jako wiceprezes Gazpromu, czyli z grubsza zastępca szefa rosyjskiej dyplomacji.
Z tejże racji, od lat już gra w dupniaka nie tylko z Gruzją czy Ukrainą, lecz również z Unią Europejską, tym mniej szanowaną w Moskwie, im mniej istnieje jako całość, przemawiająca jednym głosem. A dopóki nie przemówi, zgodnie ze swym interesem – zamiast na zmianę się podlizywać lub obrażać, zależnie od lokalnych tradycji przekupności, wazeliniarstwa lub kunktatorstwa – dopóty Rosja Putina-Miedwiediewa (lub odwrotnie) będzie ją politycznie ignorować, zadowalając się skupowaniem hoteli na Riwierze, winnic w regionie Bordeaux, banków, firm lotniczych i koncernów zbrojeniowych.
Ortodoksyjni trockiści, choć co innego mieli na myśli, nazywali to strategią entryzmu, czyli inflitracji. Ruskie gazo-i-petrodolary próbują dziś wejść wszędzie, przejąć, kupić lub choćby tylko wsadzić palec. Nie ma w tym już żadnej ideologii, aczkolwiek nie wiem, czy od ideowej mistyfikacji o tyle lepsza jest mafijność cichociemna, połączona z arogancją i brakiem kultury.
Przegląd prasy
Żegnamy i zapraszamy
29/01/2010 16:02 TU
Nasza wspólna historia
Kultura - z archiwum RFI
Ostatnia aktualizacja 22/02/2010 17:12 TU
Ostatnia aktualizacja 21/02/2010 11:38 TU